Ministerstwo Skarbu Państwa Umiejętności czy szczęście - Dodatki w mediach - teksty edukacyjne -

Nawigacja

Jesteś tutaj

Dodatki w mediach - teksty edukacyjne

Umiejętności czy szczęście

Czy przysłowiowy „fart” wystarczy, aby zarabiać na giełdzie? – pyta „Parkiet”

Na giełdzie – podobnie jak życiu – opłaca się mieć szczęście. Rodzi się jednak pytanie, czy przysłowiowy „fart” wystarczy, aby osiągnąć finansowy sukces. Jack Schwager, autor bestsellerowej książki „Czarodzieje rynku. Rozmowy z wybitnymi traderami” pisał: „Historia żółtodzioba, który prosto z ulicy wchodzi do szpitala i przeprowadza skomplikowaną operację, wydaje się kompletnie nieprawdopodobna. Podobnie sytuacja, w której amator wkrada się na scenę filharmonii, bierze skrzypce i wirtuozersko wykonuje trudny techniczne utwór muzyczny”. Tymczasem w przypadku inwestowania przypadki, gdy nowicjusz pomnaża kapitał, zdarzają się niespodziewanie często. Dlaczego?

Szczęście (współ)decyduje o sukcesie

Praca inwestora różni się od pracy lekarza, muzyka czy piekarza tym, że pomimo włożonego wysiłku nie ma gwarancji zapłaty za wykonany trud. I odwrotnie – do osiągnięcia giełdowego sukcesu nie potrzeba godzin spędzonych nad analizą, często wystarczą dwa kliknięcia myszką. Często nawet pobieżna analiza, a nawet jej brak, może przynieść udaną inwestycję.

Nie znaczy to jednak, że gracz, który zarobił krocie na jednej spółce, automatycznie stał się „giełdowym wyjadaczem”. Analogicznie gracz, który stracił kapitał Kapitał Środki stanowiące własność inwestora, które są używane w celu pomnożenia posiadanego majątku. w wyniku nietrafionej inwestycji, nie stał się nieudacznikiem.

Bez wątpienia na giełdzie element szczęścia jest bardzo potrzebny. Rola losowości w inwestycjach jest jednak często trudna do zaakceptowania. Mniej doświadczeni inwestorzy, którzy zdążyli już zarobić „poważne pieniądze”, często są przekonani o swojej nieomylności. I to pomimo faktu, że ich wiedza jest nadal bardzo skromna. Konfrontacja z rzeczywistością w postaci np. niespodziewanej bessy najczęściej uświadamia im, czym na prawdę jest rynek.

Dzieci hossy

Wystarczy sięgnąć pamięcią wstecz, do czasów gdy na warszawskiej giełdzie zarabiali niemal wszyscy – zaczynając od profesjonalistów, a kończąc na żółtodziobach. Od początku stycznia 2005 r. do lipcowego szczytu hossy z 2007 r. WIG WIG Inaczej „Warszawski Indeks Giełdowy”. W jego skład wchodzą wszystkie spółki z Głównego Rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A., które spełniają kryteria takie, jak np. odpowiednia liczba i wartość akcji w wolnym obrocie. urósł o ponad 150 proc. Ceny akcji rosły jak na drożdżach. Wystarczyło, że przeciętny Kowalski kupił papiery kilku losowych firm, trochę poczekał, a już mógł liczyć zyski.

Hossa 2003–2007 była tak długa, że pojawiła się nowa kategoria inwestorów – „dzieci hossy". Były to osoby, które zaczęły przygodę z giełdą w 2004 r. (bo zauważyły, że indeks WIG wzrósł już od swojego dołka z 2003 r. o 100 proc.) i aż do końca 2007 r. znały tylko jeden stan rynku – wzrostowy. Po dwóch czy trzech latach tacy ludzie wypowiadali się już z pozycji doświadczonego „giełdowego wygi".

Rok 2008 bardzo dramatycznie uzupełnił wcześniejsze doświadczenia o inny obraz rynku – krach i bessę. I wtedy dopiero zostały zweryfikowane umiejętności inwestycyjne. „Szczęściarze”, którzy kupili akcje w dołku, często stracili niemal wszystko. Niespodziewana bessa w ciągu kilku miesięcy spustoszyła portfele, które pęczniały przez kilka lat.

Ten bolesny przykład pokazuje, że na krótką metę sam fart wystarczy. W dłuższym terminie liczą się umiejętności takie jak selekcja spółek, zarządzanie kapitałem czy dywersyfikacja portfela dzięki bezpieczniejszym aktywom.

Michał Błasiński, dziennikarz „Parkietu”

Medatdane

Opublikowane przez: Redaktor MSP
Autor:
Ostatnia zmiana: 17.05.2016
do góry